Strona głównaRozmowy„To droga powrotna do siebie” – Maciej Wielobób o sufizmie i 100...

„To droga powrotna do siebie” – Maciej Wielobób o sufizmie i 100 stacjach duchowej podróży

Czas czytania: 16 min

Czym jest sufizm i czy naprawdę może być drogą dla każdego? Jak wygląda duchowa ścieżka we współczesnym świecie i od czego ją zacząć?

Rozmawiam z Maciejem Wielobobem o jego wieloletniej praktyce, wewnętrznej przemianie oraz najnowszej książce „Ścieżka sufich krok po kroku. 100 stacji duchowej podróży”. To rozmowa o miłości, uważności i powrocie do siebie – prosto, konkretnie i głęboko osadzona w codziennym życiu.

Początek drogi – od poszukiwania do ścieżki

Agnieszka, Maciej i Tymon Wielobób, lipiec 2015 pod Universel Murad Hassil – ośrodkiem sufich w Katwijk aan Zee w Holandii (archiwum prywatne)

C: Na Twojej stronie pojawia się zdanie, że każda Twoja książka powstała z poczucia braku pewnych materiałów. Jakiego braku dotyczyła najnowsza książka „Ścieżka sufich krok po kroku. 100 stacji duchowej podróży”?

M: Nawet sam do końca nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale uświadomił mi to mój uczeń, Tomek Bauer, który bardzo zafascynował się ideą stacji i stanów opisaną w tej książce. Powiedział mi, że to pierwsza publikacja od prawie tysiąca lat, która w oryginalny sposób przedstawia tę ideę. I to był właśnie ten brak.

Szerzej: stacje i stany to jedna z ciekawszych map ścieżki wewnętrznej, duchowej, a nawet po prostu życiowej. Pomyślałem, że warto ją przedstawić na nowo, bo dawne ujęcia pokazują jeszcze sufizm przedklasyczny – taki, który był zmieszany z czymś, czego ja nie lubię: z teologią lęku i poczucia winy. Z typową teologią bliskowschodnią, którą znajdujemy częściowo w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Dla mnie taki sufizm byłby po prostu smutny.

Na szczęście później pojawili się Dżalal ad-Din Rumi, Ibn Arabi i cały sufizm klasyczny, który stał się ścieżką radykalnej miłości. Chciałem więc pokazać tę ważną ideę w ujęciu, które nie stoi w konflikcie z miłością. Bo jak pogodzić lęk z wolnością w miłości? Albo poczucie winy z miłością? To się po prostu nie składa.

C: Twoja droga zaczęła się w dość burzliwym czasie. Co sprawiło, że właśnie sufizm stał się dla Ciebie odpowiedzią?

M: To trudne pytanie i chyba można na nie odpowiedzieć z dwóch stron.

Z jednej strony poznałem jednego z moich dwóch najważniejszych nauczycieli, Karimbakhsha Witteveena. Przyjechał do Polski w 1994 roku i zainspirował mnie z różnych powodów. Bardzo ważny był dla niego element indyjskiego sufizmu uniwersalnego, czyli doktryna jedności ideałów religijnych. Mocno to akcentował i to mnie poruszyło.

W młodości doznałem katolickiej indoktrynacji, jak większość z nas w Polsce, ale też – przez ojca, który fascynował się buddyzmem – buddyjskiej. I już wtedy wiedziałem, że każda indoktrynacja jest do niczego. Nie kupowałem tych wszystkich podziałów. To było dla mnie ważne.

Tymon i Maciej Wielobób z Mahmoodem Khanem w listopadzie 2025 w Hadze (archiwum prywatne)

Z drugiej strony zainspirowało mnie to, że Karimbakhsh wydawał mi się bardzo spójny z tym, co mówił. Dzisiaj, z perspektywy człowieka zbliżającego się do pięćdziesiątki, widzę też wyraźniej coś bardziej osobistego.

Miałem dość średnią relację z ojcem, nie był dla mnie wzorem do naśladowania, a byłem wtedy nastolatkiem. I trochę było tak, że Karimbakhsh stał się dla mnie zastępczym ojcem. Ta ścieżka i on sam stanowili dla mnie ważny drogowskaz.

Myślę, że to również miało znaczenie – że wybrałem nauczyciela, a za tym poszedł wybór ścieżki. A później poznałem mojego drugiego nauczyciela, Mahmuda Khana, z którym od początku mieliśmy bardzo dobry kontakt.

C: Mówisz: 1994 rok, czyli miałeś wtedy czternaście lat. To ciekawy moment. Jak trafiłeś na takie spotkanie?

M: Moi rodzice byli zaangażowani we współorganizację jego przyjazdu do Polski, więc dzięki temu tam się znalazłem i mogłem go trochę bliżej poznać.

To były lata 90., więc całe wydarzenie miało też swój specyficzny klimat. Karimbakhsh był nie tylko nauczycielem medytacji, ale też znanym ekonomistą, więc wokół jego przyjazdu narosło sporo przypadkowego zainteresowania. Z całego tego towarzystwa chyba tylko ja przy tym zostałem.

C: Pamiętasz moment, w którym poczułeś: “chcę to zgłębiać, chcę tą drogą podążać, ufam jej, czuję, że tu jest dla mnie bezpiecznie” – to jest moja ścieżka?

M: Myślę, że to nie był jeden moment, tylko kilka. Nie byłem jakimś szczególnie wybitnym uczniem – miałem okresy stabilne i niestabilne, jak większość ludzi na ścieżce.

Ale pamiętam pierwszy impuls zainspirowania i podziwu. Karimbakhsh miał w sobie coś z łagodnej, miłującej dobroci. To było dla mnie bardzo mocne.

Poruszyło mnie to, że był spójny z tym, co mówił. To nie była żadna egzaltacja ani poza duchowa, tylko bardzo zwyczajne, a jednocześnie głębokie doświadczenie spotkania z kimś, kto naprawdę ucieleśniał swoją ścieżkę.

Myślę, że to właśnie wzbudziło we mnie zaufanie. Potem były kolejne momenty potwierdzenia.

Przez wiele lat pozostawaliśmy w relacji – mimo, że mieszkaliśmy w różnych krajach. I co ważne, zachowaliśmy też różnice poglądów, a mimo to była między nami bardzo dobra więź.

Czym jest sufizm – mistyka w praktyce

Maciej i Agnieszka Wielobobowie w szatach ceremonialnych murszidów sufickich, 2020 rok, Kraków (archiwum prywatne)

C: Dla wielu osób sufizm wciąż jest czymś nieznanym. Jak najprościej opowiedziałbyś, czym jest?

M: Najprościej: sufizm jest ścieżką duchową, medytacyjną. W swojej strukturze przypomina wiele innych ścieżek pracy wewnętrznej, bo opiera się na pracy ze sobą, medytacji i wszystkim tym, co medytację otacza.

Natomiast wyróżniają go, przynajmniej w tej tradycji, którą reprezentuję, dwie doktryny i jedna zasadnicza sprawa. Pierwsza to jedność ideałów religijnych. Sufi zakłada, że wszystkie tradycje religijne i duchowe, mimo zewnętrznej różnorodności, wyrastają z tego samego doświadczenia mistycznego. Chodzi więc o odnajdywanie jedności, ale nie przez szukanie jednolitości. Dlatego w tej tradycji sufim może być ktoś wyznający dowolną religię albo ktoś, kto nie wyznaje żadnej.

Druga to równowaga. Sufi szuka jej w życiu wewnętrznym, w życiu zewnętrznym i pomiędzy jednym a drugim. To ważne, bo od początku była to ścieżka dla ludzi prowadzących zwyczajne życie: mających rodziny, chodzących do pracy, żyjących w świecie. To życie codzienne samo w sobie miało być częścią praktyki.

A trzeci element, najważniejszy: sufizm ma być ścieżką radykalnej miłości. Reszta jest dodatkiem. Dla sufiego najważniejsze jest, żeby coraz mocniej, głębiej i dojrzalej kochać – umieć tę miłość przyjmować i ofiarowywać. To jest sedno. Reszta to już przypisy.

C: Często mówi się o nim jako o drodze powrotnej do siebie. Co to właściwie znaczy – wedle Twojej definicji, rozumienia tego przesłania?

M: Sufi nie mówią na swoją ścieżkę „sufizm” – to pojęcie wymyślili Brytyjczycy w XIX wieku. Sami używali określenia „tasawwuf”. Ja lubię tłumaczyć je kreatywnie jako „ścieżkę stawania się i bycia”, ale funkcjonuje też tłumaczenie „droga powrotna”.

To jest droga powrotna do siebie i do Boga – bo sufi mówią, że Absolut jest nam bliższy niż tętnica szyjna, a czasem nawet bliższy niż oddech. Więc dążąc do ideału duchowego, nie tyle idziemy gdzieś daleko, ile wykonujemy pewne kroki, które mają nas czegoś nauczyć, żebyśmy mogli wrócić do siebie.

Ten powrót ma wiele wymiarów. Może mieć wymiar psychospołeczny. Wydaje mi się, że szczególnie około czterdziestki ludzie – a często zwłaszcza kobiety, z racji patriarchalnej kultury – przechodzą moment odzyskiwania siebie: odkrywania, czego chcą, jakie mają potrzeby, uczenia się stawania po swojej stronie. To też jest element tej drogi. A jednocześnie jest w tym odnajdywanie wolności duchowej – wolności od impulsów, od tego, co nami rządzi.

Dlatego lubię tę metaforę. Żeby nie było wrażenia, że mamy dojść gdzieś bardzo daleko. Raczej musimy usunąć pewne przeszkody, żeby zobaczyć, że już tu jesteśmy – tylko nie potrafiliśmy się w tym świadomie zanurzyć.

C: Jednymi z najbardziej znanych przedstawicieli tej tradycji są Dżalal ad-Din Rumi i Ibn Arabi. Czy ich nauki są nadal aktualne?

M: Myślę, że bardzo. Ibn Arabi był jednym z najwybitniejszych intelektualistów swojej epoki i bardzo mocno postawił na bezpośrednie poznanie mistyczne. Rumi z kolei miał niezwykłą zdolność przemawiania do ludzkich emocji – do doświadczenia tęsknoty, miłości i wewnętrznego rozerwania.

To, co ich łączy, to przekonanie, że miłość jest najważniejsza. I ono jest dziś jak najbardziej aktualne – nie tylko w wymiarze osobistym. Dla sufich miłość oznacza też poszukiwanie sprawiedliwości, szczególnie sprawiedliwości społecznej. Patrząc na to, co dzieje się na świecie – zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, ale też wobec różnych grup wykluczanych – widać, jak bardzo potrzebujemy dziś zarówno sprawiedliwości, jak i czułości, przyjaźni oraz współczucia.

Duchowość bez zawłaszczania

Maciej Wielobób w trakcie szkolenia dla osób prowadzących rytuały sufickie, 2021, Kraków (archiwum prywatne)

C: Podkreślasz, że sufizm jest drogą uniwersalną. Uważasz, że każdy może nią podążać?

M: Z perspektywy sufizmu – tak. Znam sufich, którzy tak jak ja nie czują się związani z żadnym kościołem. Znam sufich muzułmanów, żydów i chrześcijan, a nawet znałem jednego sufiego – Śiwaitę. Ale ludzie mają też różne tożsamości duchowe i czasem ich droga prowadzi gdzie indziej.

Miałem osoby, które odesłałem do medytacji chrześcijańskiej, bo czułem, że ich tożsamość religijna jest na tyle silna, że właśnie tam mogą dojrzewać pełniej. I to też jest dla mnie ważne: sufizm nie powinien ludzi przywłaszczać, tylko pomagać im odnaleźć to, co naprawdę jest ich.

Dlatego porusza mnie historia mojego przyjaciela, Jarka Kubackiego, któremu zadedykowałem tę książkę. Zbliżył się do sufizmu w ważnym momencie swojego życia, ale właśnie dzięki spotkaniu z suficką nauczycielką wrócił głębiej do chrześcijaństwa.

Usłyszał od niej: „Zawsze jesteś tu mile widziany, ale twoja droga to droga człowieka z Nazaretu”.

To było dla mnie bardzo ważne – że sufizm może kogoś wesprzeć, nie zatrzymując go dla siebie. Dlatego ta dedykacja nie jest dla mnie tylko osobista. Ona mówi też coś istotnego o samej tej ścieżce.

Od ucznia do nauczyciela – jak wygląda duchowa transformacja

Maciej prowadzi sufickie odosobnienie w Krakowie, styczeń 2026 (archiwum prywatne)

C: Jak zmienia się perspektywa, gdy przechodzi się drogę od ucznia do nauczyciela?

M: To trudne pytanie, bo kiedy zaczynałem nauczać, miałem trochę inną perspektywę niż dziś. Ale w ogóle cała ścieżka jest zmianą perspektywy. Bardzo lubię definicję Hazrata Inayata Khana, który zapytany, czym jest ścieżka duchowa, odpowiedział: „Ścieżka duchowa to po prostu zmiana punktu widzenia”.

W momencie, kiedy zaczynasz nauczać, pojawia się odpowiedzialność – nie tylko za siebie, ale też za innych. Za to, co im mówisz, i za to, żeby dbać o ich wolność. Uczeń nie ma być coraz bardziej uwiązany do nauczyciela, tylko coraz bardziej samodzielny. To trochę jak w terapii – jeżeli ktoś staje się bardziej samodzielny i coraz mniej potrzebuje prowadzenia, to znaczy, że proces przebiega dobrze.

Pojawia się też większa odpowiedzialność za własne motywy. Osobowość nauczyciela ma znaczenie, bo to często ona przyciąga ludzi, ale na pierwszym planie powinno być nauczanie, a dopiero potem nauczyciel. To jest chyba najważniejsza zmiana.

C: Jakie momenty przełomowe były dla Ciebie najważniejsze – które szczególnie Cię ukształtowały?

M: Na pewno sam początek. Potem moment, kiedy wybrałem tę drogę, mimo że innym to zainteresowanie przeszło. I bardzo ważny był moment odejścia z organizacji, w której działałem. Zmęczyłem się politykowaniem, przepychankami i poczuciem, że sama organizacja zaczyna być ważniejsza niż nauczanie.

Kiedy odszedłem, poczułem ogromny przypływ energii do nauczania. Jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Nagle okazało się, że nie muszę już wkładać siły w sprawy poboczne i mogę w pełni skupić się na tym, co naprawdę jest moje.

C: Jak dziś łączysz życie duchowe z codziennością – z rodziną, pracą i odpowiedzialnością?

M: Staram się nie pracować za dużo. Robię rzeczy, które lubię, ale pilnuję też proporcji. Pandemia była dla mnie takim momentem, w którym pomyśleliśmy z żoną, że chcemy mniej pracować.

Czas jest jedynym nieodnawialnym kapitałem. Tego czasu, który spędzam dziś z bliskimi, później już nie nadrobię. I myślę, że to też jest bardzo sufickie: nie uciekać od życia, tylko umieć rozpoznać, co naprawdę ma wartość. Nie mam tu żadnej uniwersalnej recepty. Po prostu staram się tak układać życie, żeby było w nim miejsce i na pracę, i na bliskich, i na to, co rzeczywiście podtrzymuje mnie od środka.

Książki jako mapa drogi

C: Kiedy przyglądałam się Twoim książkom, zobaczyłam pewną całość: od medytacji, przez mantry i poezję, aż po bardzo konkretną mapę drogi. Czy Ty sam widzisz w tym proces?

M: W pewnym sensie tak, choć nie zawsze linearnie. Część książek powstawała z realnej potrzeby – brakowało mi czegoś, co sam chciałbym mieć pod ręką jako nauczyciel czy praktyk. Część rodziła się z kursów, spotkań i odosobnień. A część, jak książka z przekładami poezji sufickich mistrzów, dojrzewała przez wiele lat.

Jeśli chodzi o samą „Ścieżkę sufich krok po kroku”, to ona również wyrosła z prowadzonych przeze mnie i moją żonę Agnieszkę wykładów. Te spotkania pokazały, że ta mapa jest dla wielu osób naprawdę praktycznym narzędziem pracy wewnętrznej.

Nowa książka – 100 stacji duchowej podróży

Maciej Wielobób z nową książką „Ścieżka sufich krok po kroku. 100 stacji duchowej podróży” (archiwum prywatne)

C: „Sto stacji duchowej podróży” brzmi jak bardzo konkretna mapa. Czym są te stacje?

M: To ważne punkty, przez które większość z nas przechodzi na ścieżce duchowej – choć nie chcę mówić, że „musi”, bo ścieżka nigdy nie jest do końca linearna. To raczej miejsca, przez które przewijamy się w drodze oczyszczania serca do doświadczenia czystej, mistycznej miłości.

To jest mapa, ale trzeba pamiętać o jednej podstawowej rzeczy: mapa nie jest terenem. Ma pomagać – pokazywać, w którym miejscu mniej więcej jesteśmy, co porusza w nas czułe struny i co domaga się naszej uwagi.

C: Jak pracuje się z książką – to bardziej lektura czy praktyka?

M: Można ją czytać jak zwykłą książkę, ale wydaje mi się, że lepiej czytać jedną stację naraz. Przy każdej są pytania albo zadania do przemyślenia. Warto sprawdzić, czy któreś z nich budzi w nas reakcję, i wtedy pobyć z nim przez jakiś czas – klasycznie dla sufich to czterdzieści dni, ale można też tydzień, jeśli ktoś chce zacząć łagodniej.

Są tam też praktyki. Jeśli ktoś zna praktyki sufickie, może dobrać sobie odpowiednią mantrę. Jeśli nie zna, a chce, może do mnie napisać – chętnie podpowiem.

Nie czytałbym tej książki naraz. Raczej jedna stacja, zostanie z nią, może przeczytanie jej ponownie następnego dnia – bo coś innego może wtedy dotrzeć. To książka raczej do bycia z nią przez sto dni albo sto tygodni. Oczywiście, jeśli ktoś przeczyta całość jednego dnia, to też dobrze – nie ma sufickiej policji.

Powrót do siebie, wygnanie, granice

C: Czy jest jakaś stacja, która była dla Ciebie szczególnie ważna?

M: Chyba tak – jest taka stacja wygnania. Myślę, że jest ona bardzo ważna, nie tylko dla mnie, ale dla wielu osób. To moment, w którym przecinamy więzi z tym, z czym nie chcemy dalej pozostawać w relacji, choć wynieśliśmy to z domu czy środowiska.

To bardzo trudne, bo człowiek czuje się trochę tak, jakby sam został wygnany. Czasem nawet rodzina mówi: „Wyrodziłeś się” albo „Wyrodziłaś się”.

Maciej Wielobób, 2023 (archiwum prywatne)

Ale to ważna stacja – przełomowa nie tylko duchowo, ale też życiowo – bo wtedy zaczynamy naprawdę odkrywać, co jest nasze. Czasem okazuje się, że robimy to samo co wcześniej, ale już świadomie, po swojemu. A czasem przeciwnie – chcemy odciąć się od czegoś, co było nam przekazywane.

W mojej rodzinie, od strony ojca, była tradycja wzajemnej agresji ojca i syna. Musiałem zerwać więź z tą tradycją, żeby nie przekazać jej mojemu synowi. To nie jest proste, bo człowiek może pozbyć się jednej formy przemocy, a potem odkrywa, że przecieka ona przez złośliwość, żart czy drobny jad. Trzeba się temu naprawdę przyjrzeć.

Sufi porównują tę stację do samowygnania Jana Chrzciciela na pustynię , gdzie niejako „stał się” prorokiem.

C: To bardzo mocno łączy się też z granicami.

M: Tak. Czasem właśnie w takim poszukiwaniu harmonii chodzi o wystawienie własnych granic. I trzeba pamiętać, że kiedy zaczynamy je stawiać, nic złego nie robimy – a mimo to ludzie często reagują tak, jakbyśmy ich zaatakowali.

Myślę, że ten moment jest szczególnie trudny dla wielu kobiet, bo ich granice przez lata bywają lekceważone. Ale bez tego trudno mówić o realnej wolności wewnętrznej.

Sufizm jako ścieżka miłości

C: Piszesz, że sufizm to ścieżka radykalnej miłości. Co oznacza tutaj ta radykalność?

M: Radykalność trochę źle się dziś kojarzy, ale tutaj chodzi o coś odwrotnego niż fanatyzm. Chodzi o to, że miłość jest najważniejsza, a wszystko inne tylko o tyle, o ile jej służy.

Jeśli jakaś doktryna, mapa albo narzędzie wspiera miłość – dobrze. Jeśli przeszkadza – odkładamy je na bok.

Radykalność tej miłości polega na porzucaniu wszystkiego, co jej przeszkadza – a najczęściej będzie to szeroko rozumiana przemoc. Nie tylko dosłowna, ale też słowna, pasywna, kulturowa czy ekonomiczna. Ideał jest taki, żeby usuwać z życia wszystko, co tej miłości nie służy.

C: Czy suficka miłość dotyczy tylko relacji, czy czegoś znacznie szerszego?

M: Relacji – na pewno, bo tam najbardziej się realizuje. Ale z czasem staje się postawą życiową. Na dalszych etapach ścieżki bardzo ważna jest właściwość, którą sufi opisują jako łagodność miłującego serca.

To nie jest pasywność. To sposób wchodzenia w trudność czy kryzys – bez agresji, ale też bez uciekania.

Można więc powiedzieć, że ta miłość dotyczy wszystkiego. Bo wszystko jest w jakimś sensie relacją: z drugim człowiekiem, z własną trudnością, z doświadczeniem mistycznym, z Absolutem.

Miłość w codziennym życiu

Maciej i Agnieszka Wielobób (archiwum prywatne)

C: Mówisz o uczeniu się zarówno kochania, jak i przyjmowania miłości. Dlaczego to drugie bywa trudniejsze?

M: Bo wiąże się z naszymi najwcześniejszymi doświadczeniami. Jeśli dziecko nie dostaje wystarczająco dużo miłości albo ma poczucie, że musi sobie na nią zasłużyć, to później, jako dorosły człowiek, musi się tego uczyć od nowa.

Dziecko bardzo często nie myśli: „rodzic zrobił coś źle”, tylko: „to ze mną jest coś nie tak”. I coś z tego w nas zostaje. Potem jesteśmy dorośli, ale emocjonalnie bywamy jak w przedszkolu. Ale jest to już jakiś punkt wyjścia w naszej emocjonalnej edukacji.

Miłość ma kilka aspektów. Jest jako doświadczenie samo w sobie, ale jest też jako bycie kochanym i jako bycie tym, który kocha. Dopiero to wszystko razem daje pełnię.

Oczywiście nie wszystkie miłości są spełnione, ale sufi uczą się też doceniać niespełnione miłości i tęsknotę – choć wiadomo, że wszyscy wolelibyśmy te spełnione.

C: Czy można powiedzieć, że na tej drodze najpierw oduczamy się tego, czym myśleliśmy, że miłość jest?

M: Tak, to bardzo możliwe. Proces oduczania jest ważny. Ja unikam prostego mówienia: „to jest miłość, a to nie jest miłość”. Raczej powiedziałbym, że są różne miłości i że dojrzewamy do nich przez życie.

Ale na pewno trzeba się oduczać schematów, które tej miłości przeszkadzają. Dla mnie miłość to wolność. A jeśli tak, to wymaga wyzwolenia ze schematów, których nauczyliśmy się w rodzinie czy kulturze.

C: Jak w praktyce rozwija się zdolność do kochania?

M: Długo. I chyba nie da się dać jednej recepty. Ale zwróciłbym uwagę na dwie rzeczy.

Z jednej strony trzeba pielęgnować samą miłość: relację, przyjaźń, współczucie. Nie każdy musi realizować ją w relacji romantycznej – można to robić także w przyjaźni czy w zwykłej ludzkiej trosce o innych.

Z drugiej strony trzeba przyglądać się sobie i rozwijać wolność od tego, co sufi nazywają cechami niedojrzałego ja: lęku, chciwości, żądzy, poczucia winy czy impulsywności. Bardzo ważna jest umiejętność stworzenia przestrzeni między bodźcem a reakcją.

I nie chodzi o to, żeby z tym wszystkim walczyć agresywnie. Wielu ludzi szarpie się ze swoimi impulsami, a to często tylko je wzmacnia. Ja wolę mówić o asertywności wobec własnych impulsów: jakby ktoś próbował nam coś wcisnąć, a my spokojnie odmawiamy, jak zdarta płyta.

Jest też równocześnie druga droga – bardziej pozytywna. Rozwijanie w sobie cech serca, które stają się antidotum na to, czego nie chcemy w sobie pielęgnować. Jeśli rozwijamy tolerancję i akceptację, jest mniej miejsca na nienawiść. Jeśli rozwijamy poczucie bycia kochanym i uczymy się dawać miłość, jest mniej miejsca na lęk. Jeśli pielęgnujemy wdzięczność, jest mniej miejsca na chroniczne niezadowolenie.

Droga dla współczesnego człowieka

YouTube video

C: Czy sufizm jest odpowiedzią na tempo i napięcie współczesnego świata?

M: Może być. Zwłaszcza w tej tradycji, którą reprezentuję, mówi się, że sufizm ma być ścieżką miłości, harmonii i piękna. Ten nacisk na harmonię i piękno bierze się z tego, że Inayat Khan – reformator ścieżki, który przedstawił ją na Zachodzie, był artystą, ale chodzi też o realne poszukiwanie równowagi.

Tyle, że droga do harmonii sama nie zawsze jest harmonijna. Czasem, żeby ją zbudować, trzeba przejść przez trudne momenty – na przykład stawianie granic, w relacji z rodzicami, rodziną, partnerami. Ale dzięki temu nie zostajemy w fałszywej równowadze, tylko dochodzimy do takiej, która szanuje wszystkich.

Myślę więc, że sufizm może być odpowiedzią na wiele kryzysów współczesności, bo dotyka rzeczy ważnych dla każdego: miłości, sprawiedliwości, pokoju, bezpieczeństwa. Ten cały chaos świata służy tak naprawdę tylko niektórym grupom interesu. Zwykły człowiek potrzebuje spokoju, potrzebuje czuć się kochany i bezpieczny.

Jeśli wystarczająco wiele osób zacznie szukać tego wewnętrznie i realizować wokół siebie zewnętrznie, to może chociaż najbliższa przestrzeń zacznie się zmieniać. A może kiedyś przekroczymy masę krytyczną. Chciałbym. Jestem umiarkowanym optymistą.

C: Co powiedziałbyś komuś, kto czuje, że czegoś mu brakuje, ale nie wie czego?

M: Myślę, że wiele osób tak ma. Ja to nazywam metafizyczną tęsknotą. Najprostsza instrukcja jest taka: przyjrzyj się tej tęsknocie i spróbuj za nią podążyć. Zobacz, dokąd cię prowadzi. Odpowiedź zawiera się już w samym wołaniu. W tej tęsknocie jest odpowiedź.

„Masnawi”, główne dzieło Rumiego, zaczyna się „Pieśnią tęskniącego fletu trzcinowego”. Ten flet płacze, bo tęskni za sitowiem, z którego został wycięty. To metafora duszy tęskniącej za swoim źródłem. Jeśli człowiek potrafi pójść za tą tęsknotą, może się do tego źródła zbliżyć.

C: To jak nie zgubić się między ideałem a codziennością?

M: Myślę, że czasem i tak się zgubimy. I to jest normalne. Ścieżka polega także na tym, że robimy błędy i się z nich uczymy. To zwykły proces uczenia się, jak każdy inny. Kiedy uczysz się języka, nie mówisz po tygodniu jak native speaker. Czasem nawet po wielu latach nie mówisz.

Trzeba się pogodzić z tym, że pewne rzeczy będą nam wychodzić średnio. Ale jeśli zauważamy, co się dzieje, i wracamy do intencji, z którą chcemy żyć, to stopniowo przynosi to rezultat. Gubimy się i odnajdujemy. Ważne, żeby mieć punkt, do którego wracamy.

Tu pomocna może być nauczycielka albo nauczyciel – ktoś, komu ufa się na tyle, że potrafi pokazać nam dodatkową perspektywę. Ale nie po to, żeby prowadzić za rękę. Ja nie jestem fanem autorytarnych modeli. Wolę myśleć o nauczycielu jak o starszym bracie, starszej siostrze, starszym przyjacielu.

Osobiste spojrzenie

Maciej Wielobób – cytat z rozmowy z portalem O Indiach

C: Jak twoje rozumienie miłości zmieniało się przez lata?

M: Myślę, że na początku było jeszcze dość przemocowe. Zostałem wychowany w patriarchalnym systemie i to oczywiście zostawia ślad. Ale relacja z moją żoną, w której jestem od ponad 26 lat, była dla mnie na tyle ważna, że musiałem dojrzewać i uczyć się czegoś innego. Potem tak samo w relacji z moim synem.

Myślę, że właśnie w relacjach dojrzewamy najbardziej – także przez konfrontację z tym, co sami wnosimy do miłości niedojrzałego. Trudno dojrzewać do miłości, jeśli unika się ludzi. To relacje z partnerką czy partnerem, z dziećmi, z rodzicami stawiają przed nami wyzwania, których inaczej byśmy nie spotkali.

Zresztą kiedy rozmawiam z ludźmi jako nauczyciel medytacji, ich problemy najczęściej sprowadzają się właśnie do relacji: z ukochaną osobą, z dzieckiem albo z rodzicami. I mam wrażenie, że relacja z rodzicami jest tu bardzo często na pierwszym miejscu.

C: Co zmieniło się w tobie najbardziej?

M: Myślę, że bardzo zwiększyła się moja wrażliwość. Ale taka wrażliwość, która już mnie nie rozpruwa. Bo na ścieżce bywa taki moment, kiedy człowiek staje się bardziej wrażliwy, ale jeszcze nie dorosło do tego nieprzywiązanie – Hindusi nazwaliby to vairagya – i wtedy wszystko go przebija.

Dzisiaj ta wrażliwość jest większa, ale bardziej ugruntowana. Druga rzecz to coraz silniejsze odrzucenie przemocy. Im więcej człowiek widzi, tym bardziej zauważa różne subtelne formy przemocy i tym mniej chce je stosować. Te dwie rzeczy – wrażliwość i odchodzenie od przemocy – bardzo zmieniają relacje, a także poczucie własnej spójności.

C: Gdybyś miał opisać swoją drogę jednym obrazem albo metaforą, to czym ona jest dzisiaj?

M: Dzisiaj powiedziałbym, że jest stabilnym spokojem. Czuję się spełniony w tej drodze.

C: Stabilny spokój i spełnienie – piękne jakości.

M: Oczywiście jest w tym wysiłek i wytrwałość – chyba przede wszystkim wytrwałość – ale jest też komponent szczęścia. Czasem trafia się na właściwe osoby, ktoś nas wesprze w kluczowym momencie i to dużo zmienia. Nikt nie jest do końca self-made manem.

Jedna myśl na koniec

Maciej Wielobób podczas sufickiego odosobnienia w Krakowie, styczeń 2026 (archiwum prywatne)

C: Jaką jedną myśl chciałbyś zostawić naszej społeczności i czytelnikom portalu?

M: Żeby dbali o zdolność swojego serca do kochania. To jest coś naprawdę ważnego. Coś, co zostaje. I coś, co – jak myślę – będzie się liczyć wtedy, kiedy będziemy odchodzić z tego świata. Wszystko inne jest mniej istotne.

A jak dbać o tę zdolność – to już sprawa osobista. Czasem będzie chodziło o relacje, a czasem po prostu o to, żeby bardziej odpocząć. Bo człowiek bywa tak zmęczony, że nie ma już siły kochać dobrze. Czasami to są bardzo proste rzeczy, które potem zmieniają bardzo wiele.

Zakończenie

Rozmowa z Maciejem Wielobobem pokazuje, że sufizm nie jest odległą, mistyczną ideą, ale żywą praktyką – drogą, którą można realizować tu i teraz. Jego najnowsza książka „Ścieżka sufich krok po kroku. 100 stacji duchowej podróży” jest zaproszeniem do tej drogi – spokojnej, wymagającej i głęboko zakorzenionej w doświadczeniu miłości.

Jeśli ta rozmowa była dla Ciebie wartościowa – udostępnij ją komuś, kto jest na swojej drodze.

Gość rozmowy
Maciej Wielobób
https://maciejwielobob.pl/

Tata Tymona. Mąż Agnieszki. Nauczyciel medytacji i jogi. Suficki murshid. Wykładowca. Autor 13 książek. Przekazuje głębię tradycyjnych ścieżek w sposób zrozumiały i użyteczny dla współczesnego człowieka. Pomaga uwalniać się od napięcia, wykorzystywać pełnię swoich możliwości, uczy uważności i spokoju. Zna mistycyzm indyjski „od środka” jako nauczyciel-inicjator w tradycyjnych szkołach medytacyjnych i uwielbia pokazywać konkretne zastosowania tradycyjnych koncepcji i narzędzi w naszym życiu codziennym.

Od czego zacząć książki autora?

Jeśli interesuje cię praktyczny i cielesny wymiar jogi

Dobrym punktem wejścia będą książki takie jak „Terapia jogą”, „Joga. Kurs dla początkujących” czy „Joga w ciąży i połogu”.

Jeśli bliższy jest ci psychologiczny i wewnętrzny wymiar praktyki

Warto sięgnąć po „Psychologię jogi” oraz „Uważność w praktyce”.

Jeśli chcesz wejść głębiej w sufizm i medytację

Dobrym początkiem będą „Medytacja w życiu codziennym”, „Duchowość na co dzień” oraz „Medytacje uzdrawiające sufich”.

Jeśli chcesz pracować z książką jak z przewodnikiem

Najbliższe temu będą „99 boskich imion” i „Ścieżka sufi krok po kroku”.

Jeśli pociąga cię język poezji i mistycznej wrażliwości

Warto zajrzeć do „Nieskończonego oceanu miłości”.

Jak Ci się podobało?

Kliknij w wybraną ilość gwiazdek, aby zagłosować. Pomożesz nam udoskonalać nasze treści.

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów: 9

Brak głosów. Oceń jako pierwsza osoba.

Carrie
Carriehttps://jestemtuiteraz.pl
Towarzyszy kobietom w powrocie do siebie - poprzez ciało, oddech i uważną obecność. Tworzy przestrzenie, w których można zwolnić, usłyszeć siebie i wrócić do własnego rytmu. Łączy świat głębokiej pracy wewnętrznej z doświadczeniem mediów i komunikacji - prowadząc rozmowy, które zostają pod skórą. Na portalu O Indiach rozwija dział ROZMOWY - o drodze, zmianie i powrocie do siebie. Z nauczycielami, twórcami i ludźmi, którzy żyją tym, o czym mówią.

Zostaw komentarz

Proszę wpisać swój komentarz!
Wpisz swoje imię

Reklama własnaspot_img

Warto przeczytać

Mogą Cię zainteresować